Hello/Good bye!

Stało się, kolejny raz skleiłam bloga, kolejny raz obiecuję sobie, że będę pisać – w końcu mając 3 psy i pracując w lecznicy mam o czym. Kiedy płaciłam za domenę i wybierałam serwer miałam jeszcze 3 psy. Teraz mam 2 i wielką dziurę w sercu. We wtorek w nocy odszedł Gibson.

Decyzja o uśpieniu Gibsona została podyktowana etyką i Jego dobrem. Gdyby chodziło o mnie, nigdy bym tego nie zrobiła, bo to był pies, o jakim się marzy, był po prostu dobry, od czubka nosa aż po białą końcówkę swojego zagiętego ogona i kompetnie nie zasługiwał na cierpienie. Nie, żeby jakikolwiek pies zasługiwał, ale odpowiadając po raz kolejny na pytanie „Już nic nie dało się zrobić?” czuję ukłucie w sumienie. Ale nie, nic już nie dało się zrobić. Mogłam jeszcze przez noc patrzeć jak dusi się mój najlepszy przyjaciel, a najgorszemu wrogowi nie życzę czegoś takiego. Dwa razy uciekł śmierci spod igły, ale jak mówią, do trzech razy sztuka.

W moim domu zawsze były psy, ale nigdy nie było takiego Psa.

Nasza podróż ku końcowi zaczęła się 07.10.2020, kiedy Odra skończyła rodzić, a Gibson odmówił jedzenia. Przez pierwsze 2 dni zwalałam to na stres, potem zabrałam go do pracy na badania – nieznacznie podwyższone parametry nerkowe, a w obrazie USG uwodniona prawa nerka. Milion badań później – sugestia diagnozy – chłoniak nerki. Po konsultacjach z onkologiem najpierw poparliśmy, a potem wykluczyliśmy nowotwór jako przyczynę takiego stanu. Gibson chudł w oczach, przyjmował hałdę leków i hektolitry kroplówek, czuł się nieźle, ale chociaż nerki na USG zaczęły wyglądać dobrze parametry nerkowe wciąż rosły, a parametry morfologii wciąż spadały. W międzyczasie wykonywaliśmy testy w kierunku chorób odkleszczowych, chorób autoimmunologicznych i wszystkiego co przyszło nam do głowy, a przynajmniej część objawów się zgadzała. 11.12 hematokryt spadł do 15% (norma 35 – 55%), spakowałam się i psa, pognaliśmy do banku krwi do Wrocławia, w czasie transfuzji Gibson był łaskaw cały spuchnąć – leki przeciwhistaminowe, w sobotę steryd w dawce jak dla konia i przetoczenie reszty krwi. Dalej żyliśmy.

W piątek, 18.12.2020 nastąpił przełom – pojawiła się krew w kale, a u psa, który hematokryt ma na poziomie 15% każda kropla krwi jest na wagę złota. W pracy szybko zrobiliśmy morfologię, która pokazała hematokryt na poziomie 11%. Wszyscy uznaliśmy, że przegraliśmy, cały dzień przepłakałam w socjalce i umówiłam eutanazję na poniedziałek. W międzyczasie załatwiłam sesję zdjęciową żeby mieć ładne zdjęcia całej trójki i płakałam dalej. W niedzielę wieczorem stwierdziłam, że skoro On czuje się dobrze to Go nie uśpię, na sesję zdjęciową pojechałam i tak – na zdjęciach ma minę jakbym go biła. Potem spakowałam psa i udałam się do pracy, gdzie okazało się, że mój pies nie planuje umierać i hematokryt po lekach przeciwkrwotocznych wzrósł do 13%, dalej żyliśmy.

Od grudnia do końca stycznia Gibson czuł się nieźle, morfologia poprawiała się, niestety, biochemia była coraz gorsza. Od połowy lutego co tydzień dostawał steryd żeby jakoś funkcjonować. Układ pokarmowy zaczął szwankować – seria zdjęć RTG z kontrastem nie wykazała niczego oprócz gazu w jelitach. Pod koniec lutego czuł się tak źle, że podjęliśmy decyzję o laparotomii zwiadowczej – jeśli coś wyszłoby nie tak mieliśmy nie wybudzać Go z narkozy, jednak Gibson był równie piękny w środku co na zewnątrz i wszystkie narządy wyglądały książkowo – Jego leniwe nerki również. Poprosiłam gastroskopię, która ukazała nam owrzodzenie żołądka, wdrożyliśmy leczenie – kolejne leki, suplementy antybiotyki, ale dalej nie jadł i przestał również pić sam, więc ganialiśmy się ze strzykawką podając skitrane zapasy RC Convalescent. Mimo jadłowstrętu i wyraźnej niechęci do picia wody po laparotomii czuł się na tyle dobrze, że żądał spacerów i próbował wchodzić na łóżko. Dalej żyliśmy.

We wtorek w nozdrzu pokazała się krew, a podczas osłuchiwania dało się słyszeć wyraźnie trzeszczenia opłucnej – zapalenie opłucnej na tle mocznicowym, morfologia pokazała skrajną małopłytkowość, a że w lodówce mieliśmy jeszcze pół jednostki krwi zdecydowałam się na kolejną transfuzję – tym razem bez komplikacji. Do końca zmiany Jego stan nie poprawił się, pomimo sterydu, antybiotyku, kroplówek, transfuzji i tlenu. Stwierdziliśmy zatrzymanie nerek, nie wystartowały po dożylnym NaCl-u „ciurkiem”, litrze Ringera i po transfuzji, przez cały dzień od poprzedniego wieczora nie wyprodukował ani kropli moczu, oddychał ciężko, pojawiło się więcej krwi płynącej z nosa. Zostawiłam Go w lecznicy i pojechałam po suki, żeby mogły się pożegnać.

02.03.2021, o 21.20 odszedł. Jego ciało było tak słabe, że doktor nie skończył nawet podawać zastrzyku, a serce już stanęło. Jeśli można tak powiedzieć o śmierci to ta była dobra – odszedł w głową na moim kolanie, smyrany za uchem i patrząc mi w oczy. Wtedy umarliśmy – On całkiem, a ja trochę, chociaż mówią, że ze złamanym sercem da się żyć.

To był wyjątkowy pies. Taki, jaki trafia się raz na całe życie. Najlepszy przyjaciel. Mój cień. Rozjemca. Pocieszyciel. Tylko ktoś, kto ma przy sobie wyłącznie psa jest w stanie zrozumieć taką stratę. Przez nasze wspólne 8 lat (13 stycznia byla ósma rocznica jego przybycia) w moim życiu pojawiło się i zniknęło wielu ludzi, a On był. Mieszkaliśmy razem w pięciu miastach w Polsce, spędziliśmy prawie rok w Monachium i ponad rok w Szwecji, zawsze brał na klatę moje przeprowadzkowe pomysły, bo liczyło się dla Niego żeby ze mną być. Pół roku temu myślałam, że zdążę dać mu nasz własny parterowy dom, żeby nie musiał na starość chodzić po schodach, dziś nie robię planów. Poszłyśmy dziś pogrzebać Jego obrożę w „naszym” miejscu, przy Jego ukochanej, wiecznie zalanej błotem koleinie w lesie, w której zwykł zażywać kąpieli tylko po to, by sekundę później panierować się w buczynowej ściółce – Jego obroża spoczęła pod tymi bukami. Dziękuję Covidowi, że nie udało mi się wyjechać na krycie do Austrii, bo dzięki temu mam w domu córkę Gibsona – niestety nie jest taka jak ojciec, ale nosi w sobie Jego cząstkę.

To boli i jeszcze bardzo długo będzie bolało, ten post jest autoterapeutyczny, więc jeśli czujesz się urażony, drogi czytelniku, to sorry, not sorry. Merytoryczne posty już niedługo.

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *